2011-12-25 18:15:31 >> Przerywnik Bo relacje idą mi jakoś opornie, a tematów dochodzi. I gromadzi się to, co mam napisać i tyle bieżących spraw zamienia się w przeszłość, bo tego nie piszę, nie umieszczam… Muszę się wygadać. Stąd przerywnik w tym wlekącym się niemiłosiernie, ciągu zlotowych (i nie tylko) relacji.
Pamiętam zapach treningu. Chłód po wierzchniej stronie dłoni i wysiłkowy gorąc po wewnętrznej. Obolałe mięśnie, miłe otarcia, irytujący kosmyk włosów opadający na oczy, ślizgające się buty, radość z wykonania każdego elementu tak, jak chciałoby się go wykonać. Marzy mi się trening na śniegu. Ostatni stopniał dzisiaj. W Gdańsku nie było go właściwie w ogóle. Dopiero grudzień, ale boję się, że tej zimy marzenia nie spełnię.
Cóż za cudne powietrze… z lubością nabieram do mechanicznie poruszających się płuc. Jakby ciążyła im waga mego ubioru. Jakby późnojesiennie, czy wczesnowiosennie… Lubię ten zapach. Szkoda tylko, że ten cholerny brzuch tak boli…
Wyszłam dziś na spacer. Krótki taki, trzy, czy pięciominutowy. Kaczym chodem, nie zważając na to, jak powinno się poruszać w obcasach. Powłóczyłam sobie nogami, odwiedziłam rzeczkę, wróciłam do domu. To dopiero był wysiłek… Czy tak będzie wyglądać starość? W tej chwili uczę się salt, coraz odważniej rzucam się na materace, coraz chętniej próbuję nowych rzeczy na sali. A za X lat? Co? Niesamowicie męczącym treningiem będzie krótki spacer po chodniku/podwórzu? „Bo po 40, jak się człowiek budzi i go nic nie boli, to znaczy, że nie żyje…”
A tak w ogóle, to chyba brzuch mi obrasta tłuszczem…
Brakuje mi treningów. Tak cholernie brakuje mi tej swobody w treningach… Żeby myślenie o tym nie wywoływało zwątpienia związanego z bólem, możliwością zasłabnięcia i innymi takimi, nieprzyjemnymi… Brakuje mi treningów. Może nawet tej adrenaliny w organizmie. Obecnie w mojej krwi pływa coś innego…
Czy przesadzam?
Plum, plum, plum, plum, plum, plum, plum….
I sporo planów właśnie szlag trafił… Jestem zirytowana… sfrustrowana… wkurzona… ba! Nie bójmy się tego powiedzieć: wkurwiona na maxa. Na siebie i na (nie)sprawiedliwość tego losu. Bo zawaliłam w jednej sprawie i zawaliłam w innych. Z jednej strony przez to, że lenistwo nie pozwoliło mi załatwić tego wcześniej, a drugiej przez to, że później nie pozwoliła mi wszechogarniająca niechęć, niebędąca wcale lenistwem, za to tak silna, że nie do pokonania. Gdzie moja sala, na którą czekałam tak, że niemal podskakiwałam z radości na samą wzmiankę? Co z Anglią? Dokąd sobie teraz odlatują moje marzenia na najbliższe miesiące? Prawdopodobnie niedługo znów zaprzyjaźnię się ze szpitalem… kochane łóżeczko, szpitalny smród, „motylki” w żyłach, głupi jaś, opaska z imieniem i nazwiskiem, umieszczona na nadgarstku. Jak dla niemowlaka.…
Dlaczego, kurwa, ja?...
Nie pytajcie co mi jest i tak nie powiem. Piszę tylko, żeby się wyżalić, w jakiś sposób wyładować. Tak, ubolewajcie nade mną, żałujcie mnie, podpytujcie, żebym miała tę dziką satysfakcję, że się świat mną interesuje, a ja na to „nie, nie, to nieważne..”. Nie o to chodzi. Wie jedna osoba + rodzina, tyle wystarczy. Po prostu urodziłam się gorszym człowiekiem… człowiekiem z gorszym ciałem. Z wadami fabrycznymi. Teraz cały czas poddaję się reklamacji, ale oni wynajdują mi coraz więcej wad…
To prawie tak jak w 2005, 2006, 2007… Zawsze miałam słabą pamięć. Ale zapewne każdy rok z tych wymienionych zalicza się do sprawy. „Neta? Ta gówniara, co siedzi już tyle na forach, a nikt jej nigdy nie widział i po tym, co pisze, znać, że nie skacze?”. Tak, tak, dokładnie ta, co w wakacje 2007 leżąc sobie cały czas w łóżeczku, z podstawionym komputerkiem i nogą w gipsie, cieszyła się, że ktoś jej jakąś rangę na forum powierzył i może sobie z ludźmi popisać. Co ja miałam wtedy w głowie? Pstro, pstro, całe pstro… A może ja naprawdę wierzyłam, że trenuję? Swoją drogą to był cały czas lewy bok, nie powinnam się dziwić tej krzywej łopatce…
Czy naprawdę nic nie mogłam zrobić?
Szlag… Wracam do Morrowinda. Teraz u mnie taki parkour. Ironiczno-wkurwiająco… Nie rozumcie mnie. Mnie to schlebia. Tagi: o mnie, przemyślenia, inne Neta 2011-10-10 00:17:34 >> Ślęża Camp 2011 15-18 lipca 2011 Minęły już dwa-trzy miesiące od tego zlotu, kiedy to teraz piszę relacje. Mam nadzieję, że uda mi się wystarczająco odświeżyć pamięć, by nie pominąć niczego istotnego oraz by nie pomylić chronologii. Ok, to zaczynamy, Ślęża Camp 2011 oczkami Nety:
Czwartek, 14 lipca. Oczywiście pakowanie się musiałam zostawić sobie na ostatni dzień i jak zawsze skończyło się na upychaniu wszystkiego w torbę. W końcu miałam jeszcze tyyyleeee czasuuu... Wybrałam się z tym wszystkim standardową trasą ->Krasnystaw->Lublin, wtedy już wiedząc, że faktycznie do Wrocławia pojedziemy samochodem. Wcześniej pojawiły się małe problemy natury techniczno-anatomicznej (tyczące się tajemniczego wtedy dla mnie M. Z wagi problemu też nie zdawałam sobie sprawy). W Lublinie spotkałam się z chłopakami, gdzie to pomocna dłoń Kendo odciążyła mnie nieco z torby. Wcale nie była ciężka jak na trzy dni! Zupełnie normalna była! Dalej wieczorny kurs do Kurowa, wygłupy w busie, deszczowe powitanie, ciepła herbatka, pornole, łóżkowe roszady, burza wywołująca skamlenie, poranna pobudka i inne pierdoły... Czyli nic, co by Was interesowało.
* * *
PIĄTEK
Wiedziałam, że szósta rano to dużo za późno na wyjazd do Wrocławia. Ale czasu sobie nie cofniemy, przestawienie zegarka nie pomoże, a wstawać się jakoś nie chciało. Zapakowaliśmy torby do samochodu. Potem zapakowaliśmy siebie, co też przyszło z lekkim trudem... Znaczy ponoć im, ja tam miałam dużo przestrzeni w tym aucie.
Wiem, że podróż na zlot z samym parkourem ma niewiele wspólnego. I zazwyczaj jej nie opisywałam, a jak już – to bawiłam się w jakieś prozatorskie, aniozielonogórskie opisy. Ale dla mnie Ślęża zaczęła się faktycznie w momencie, gdy znalazłam się na dworcu w Lublinie i gdy tam spotkałam pierwszego traceura. Ten zlot kompletnie różnił się od innych, w jakich uczestniczyłam. Jechałam na ogólnopolski zlot z grupą znajomych, z która nigdy na takim zlocie nie byłam... Nie miałam zebranej ekipy z całej Polski, gdzie na miejscu mogłabym się z nimi spotkać i zamknąć w tym kółeczku. Jechałam tak, jak wszyscy inni zawsze na zlot. Ze swojej miejscowości, z traceurami ze swoich okolic i z nimi miałam mieszkać, z nimi miałam spędzić te kilka dni. To naprawdę niesamowicie budujące! Tym bardziej, że dotąd widywaliśmy się na kilkugodzinnych treningach „tam i z powrotem”. Rano przyjeżdżałam, trening, wieczorem sobie jechałam. A teraz kilka dni bez przerwy z nimi...
Podróż samochodem super pozytywnie. Tym bardziej, jeśli siedzi się z tyłu i nie trzeba się w ogóle zastanawiać nad drogą, a tylko obserwuje się, jak inni szukają połączeń na mapie, otwierają szyby, by zapytać o drogę tubylców, walczą z objazdami itd. Siedzenie w jednej pozycji bywa męczące, dlatego wypróbowałam spanie tyłem do kierunku jazdy, bokiem, standardowo przodem i ogólnie wzbudziłam zainteresowanie tym, że „się kręcę”. Ale przynajmniej wygodnie miałam.
I ten piękny feeling z jazdy samochodem wraz z przyjaciółmi i delektowania się muzyką, której gatunek nie był mi obcy, ale ci konkretni wykonawcy – a i owszem. Wiecie, to takie super uczucie, gdy na żywo przeżywa się coś, co widziało się tylko w filmach. Wtedy trwasz, uśmiechasz się, łzy szczęścia napływają do oczu... Muzyka potęguje mi emocje. Tak. To było zdecydowanie piękne i na długo pozostanie mi w pamięci. Zwykła jazda samochodem i to jeszcze jako pasażer z tyłu... A dla mnie coś nieopisywalnego.
Smsowe próby utrzymania Ślężańskiej grupy przy noclegach oraz załatwieniu sobie miejsca do spania w jednym pokoju niekoniecznie się powiodły... Oczywiście spóźniliśmy się – parę ładnych godzin. Ale to głównie przez jeden mały błąd w trasie oraz konieczność korzystania z objazdów (+ 2 Manhattany!). „Tak czy siusiak” zatrzymaliśmy się przy sklepie, bo tylko ja zabrałam ze sobą sporo jedzenia, reszta musiała dopiero porobić zakupy (chociaż mieliśmy worek ogórków i klapki!) i tak jakimś szczęściem trafiliśmy na fragment Ślężańskiej ekipy. I to nie byle jaki fragment, tylko organizatorski! Otrzymaliśmy w prezencie papier toaletowy i pojechaliśmy wszyscy razem na miejsce noclegów. Artur nas po drodze ostrzelał z pierwszego samochodu, ale obyło się bez ofiar. Na miejscu (pozwolicie, że będę używać tego powtórzenia... do dzisiaj nie wiem co to była za miejscowość gdzie spaliśmy) ujrzeliśmy ciąg dalszy ekipy. Akurat ruszali na trening... Ach to jacy, nie poczekali na nas! Oglądając sobie mijających nas ludzi, pierwszy raz serduszko zabiło mi niebezpiecznie gwałtowniej. +me zainteresowanie wzbudziła niezwykle spora ilość dziewczyn, jak na taki zlot. Potrenujemy?
Ogarnęliśmy się szybko, zadowoleni, że „akurat jest pięcioosobowy pokój na górze, a gdzieś na dole są ponoć dwa miejsca wolne, to dokonamy wymiany i wszyscy się zmieścimy!” i wyruszyliśmy na skałki, by dołączyć do treningu. „Cześć – cześć” z kilkoma osobami, rozgrzewka z kolorowym Lublinem i lajtowy trening na skałkach. W sumie tak troszkę nieswojo się w jednym momencie poczułam... Grupa się jakoś rozpierzchła... Zresztą wczoraj byłam w domu, dzisiaj jestem już w okolicach Wrocławia, z ludźmi, których rok nie widziałam... i w sumie nic z tego nie wynika. Ale nie ma się co przejmować, na integracje przyjdzie czas... chyba... Zahaczyłam jeszcze o dziewczyny, przywitałam się z kim trzeba, pogadałam i jak zawsze – zaczęłam manewrować między trybami: „odetnij się od wszystkich i trenuj” oraz „pogadaj z ludźmi i patrz, co robią inni”. Dla pana Zielonego pierwszy dzień okazał się nieco pechowym, bo i kostka dała się we znaki... Pierwsza kontuzja tego zlotu? Na koniec zostaliśmy poinformowani, że jutro czeka nas próba, której nie podołamy, czyli bieg na Ślężę na tyle wcześnie, by ujrzeć wschód słońca. Pozostawialiśmy gdzieś wodę, żeby mieć ją na jutro (ja ją potem widziałam już tylko na szczycie następnego dnia) i wróciliśmy do miejsca noclegu.
...i tutaj czekało nas maleńkie what the fuck z miejscami do spania... Niby „kto się spóźnia, ten traci”, ale z drugiej strony nie było w tym naszej winy. Ani też żadnych sensownych argumentów z pierwszej strony. Moje serduszko zabiło gwałtowniej po raz drugi. Tym razem zabiło agresją. Już mi się mała bomba odpaliła i nawet sama się sobie dziwie, że po prostu odpuściłam i zaczęło mi być szczerze wszystko jedno gdzie, co, jak... Mogę spać nawet na zewnątrz na ziemi. Obojętne. Niech tam się chłopaki na górze sami dogadają, a Neta nie zamierza nikogo skłócać... Tak, tak – wbrew pozorom, mimo moich jawnych szałów – nie jestem osobą, która lubi mieszać się w konflikty. To męczące, drażniące i po prostu przykre... Mi to chyba zwyczajnie za bardzo zależy tak sobie myślę. Zawsze jakoś tak za bardzo zależy...
Zmieściliśmy się w 7 osób w pięcioosobowym pokoju. Zwolnili nawet dla mnie jedno łóżko. Miły gest. Pokłady gromadzącej się we mnie energii postanowiły ujawnić się nocną głupawką. Do dziś mam wrażenie, że nieco przegięłam... Nie jestem facetem, przepraszam. Moja psychika mimo wszystko działa trochę inaczej... I tak zastanawiałam się, kiedy to wszystko wybuchnie.
* * *
SOBOTA
Niestety albo zostaliśmy źle poinformowani, albo ja coś poprzekręcałam... Moi drodzy, pobudka o 5 rano, a wyjście z noclegów o 5 rano to naprawdę z a s a d n i c z a różnica. Tym bardziej, jeśli w domku z JEDNĄ łazienką jest PIĘĆ kobiet. Ponoć tam jakaś Lanca chodziła i budziła, ale jakoś przegapiłam te sławetne uderzenia w garnki... No nic, nieważne. Przy kolejnych razach byłam już mądrzejsza i mniej wyspana. Wyszliśmy jakoś przy końcu, grupa nam wypruła do przodu. Jeszcze w drodze jadłam swoje śniadanie. Nie biegliśmy. Wczoraj wieczorem organizatorzy doszli do wniosku, że zdecydowana większość nie da rady biec, skoro pod górę ciężko się nawet idzie. Chwilę podążaliśmy we czwórkę. Najbardziej poszkodowany pozostał w domku. Potem zaś rozdzieliliśmy się na dwa i głośniki pozostały z tyłu wraz z poszkodowaną kostką, a my z Kendo próbowaliśmy nadgonić. Przynajmniej tak mi się wydawało, że naszym zamiarem jest nadgonienie grupy, jednak moim krótkim nóżkom niekoniecznie podobał się ten pomysł. Czasem nawet widzieliśmy ten ogon, nawet wyprzedziliśmy parę osób. Starałam się utrzymywać to samo tempo, ale już nie pamiętam jak to było. Przyszliśmy na miejsce niedługo po największej grupie. Niestety już nieco za późno, by zobaczyć piękny wschód słońca. To nic. Chmury też są fajne. Ponoć urządzili sobie marszobiegi i kilka pierwszych osób faktycznie dobiegło do końca. Ja wiedziałam, że nie podołam. Nie było nawet sensu próbować biegu, bo wyplułabym płuca. Bałam się nawet tego zlotu... bo obijałam się niesamowicie. Siła spadła mi straszliwie i ogólnie czułam się zmarnowana, zniechęcona do życia i totalnie wypruta z sił. Ale ludzie, atmosfera – to mi dawało energię. Dlatego z mojej strony treningi podczas całego zlotu jakie były, takie były – ale starałam się kroczyć do przodu w swym małym parkourze. Oczywiście do pustego, Necikowego łba nie przyszło, że na górze może być zimno... Ukłon w stronę Kasi, że użyczyła mi bluzki, bo inaczej bym chyba zamarzła. Poczekaliśmy na resztę, zrobiliśmy grupowe zdjęcie, poskakaliśmy, poszliśmy dalej.
Lubię treningi naturalne. Dla mnie sama przyjemność. Las daje ci nieskończoną ilość możliwości i to niezależnie od twojego poziomu. I to samo zauważyłam wśród innych – każdy, kto coś tam faktycznie trenuje, odnalazł się w tamtym miejscu. Każdy znalazł sobie jakieś zajęcie, każdy w jakiś sposób rozwijał swoje umiejętności... Na mieście ludzie czasem nie wiedzieli co mają ze sobą zrobić. Tutaj każdy wiedział, każdy miał jakiś pomysł.
Przy jednej z miejscówek dołączyła do nas ostatnia cząstka zlotu. Dziś już wiem, że czuł coś podobnego, co ja czułam jadąc samochodem, idąc następnego dnia przez las, siedząc samotnie w nocy na moście podczas PZP, czy na kamieniach, wpatrując się w morze i po prostu myśląc. Zlewanie się ze światem w jedność... A może właśnie wręcz przeciwnie? Tworzenie z siebie całkowicie oddzielnego elementu, by móc z pewnego dystansu obserwować tę jedność, jaką tworzy świat wraz z ludźmi i całą resztą? Problemy, problemy, problemy... Myślenie o nich w pewien sposób pomaga. Ale nie jestem pewna, czy ja nie przesadzam.
Głównym planem na sobotni trening była wspinaczka. Przechodzenie górskich ścian – sprawdzian dla naszej siły i psychiki. Byłam wtedy troszkę jak Adamek przy ostatniej walce – za krótkie łapki... Dodatkowo brak pewności siebie przez brak siły rąk. Być może niektórzy mieli rację, że za często odpuszczałam. Nie wiem. Najważniejsze, żebym JA była pewna tego, co robię. A nie byłam. Dlatego wolałam obierać własne, w moich oczach bezpieczniejsze, ścieżki. Nie lubię zbędnego ryzyka. Wolę odpuścić i wrócić do tego, gdy już będę gotowa, niż gdzieś utknąć, spaść lub zrobić sobie naprawdę poważną krzywdę. A czułam się świetnie łażąc po swojemu. Czasem jak ta samotna Wilczyca a czasem dobierałam sobie towarzysza. Przejdę więcej ścian, jeżeli odzyskam zaufanie do moich rąk. Niestety na obecnym etapie nie mogę tego bezgranicznie uczynić. Ale popracujemy nad tym...
I tyle ciekawego z lasu. Połaziliśmy, poskakaliśmy, wróciliśmy. Czas uzupełnić w postaci obiadu straconą energię, powydurniać się, pointegrować... Ofiarą padły paznokcie Kendo. Widzicie? Noszę ze sobą same najpotrzebniejsze rzeczy! Co Wy byście zrobili gdyby nie moje lakiery do paznokci?
A mnie pochłonął slackline... Po prostu się zakochałam. Nie wiem czy to obustronna miłość, ale chyba tak, skoro podczas zlotu udało mi się postawić 2-3 pierwsze kroki. Muszę sobie kupić gibbona. Tylko szczegóły jeszcze trzeba dogadać z moim portfelem, bo takich „muszę” to mam ostatnio coraz więcej... Był również atrakcje w postaci żonglowania, akrobatyki, czy wojny na szyszki (nie wiem jak to możliwe, że stojąc na linii ognia nie dostałam żadnym pociskiem. Ba! Nawet ani razu spadając z taśmy, nie nadepnęłam na szyszkę!), a wieczorem ognisko... I moje serduszko zabiło po raz trzeci. Tym razem zabiło wielkim żalem i pociągnęło ze sobą wszystkie możliwe mechanizmy... Zupełnie zbędnie. No ale stało się... Czasem jest tak, że coś musi „jebnąć”, a człowiek nie może niemal nikomu powiedzieć, co to właściwie było. I choć wspomnienia mam bardzo świeże, wyraźne, budzące emocje... To nie jestem pewna, czy chcę pamiętać. Pogadałam z kim trzeba było. Odebrałam, co moje. Przytuliłam się do kogo trzeba. Pogadałam o czym trzeba było. Wypiłam kubek gorącej czekolady. I... względnie mi przeszło. Poczułam się bezpieczniej. Że może nie jest tak źle, jak myślałam... Ot, znów mi umysł płata figle i przestawia się na tryb „przewrażliwienie”. Tak, tak, to na pewno to, nie ma co przeżywać...
Wróciliśmy w szóstkę. Zostaliśmy w trójkę. A potem w dwójkę. Nie miałam bladego pojęcia jak sobie jutro poradzę z treningiem, jeśli zaś prześpię tylko kilka godzin. Ale jakoś zawsze dawałam sobie radę, czemu by nie teraz? Debata parkour wydała się sprawą priorytetową. I cieszę się, że mogłam w niej uczestniczyć. Ukłon w stronę Acte, że wyszedł z inicjatywą, że rozpoczął temat. Być może nie doszliśmy do niezwykłych wniosków... Być może było sporo paplania o niczym. No i pewien wojskowy uraczył nas zbyt naprocentowanym zachowaniem. Ale uważam, że to fajny krok do przodu. Że w ogóle doszło do takiej rozmowy, że mogliśmy pogadać o parkourze zupełnie na żywo, a nie przez Internet, który zostawia tyle niedomówień. Zresztą na forach zaczynało się tak samo... Mnóstwo pieprzenia o niczym, a potem jakoś wychodziły z tego konkretniejsze rzeczy. Sądzę, że musimy się przestawić na bardziej realny i jednocześnie ogólnopolski sposób działania – wtedy to zacznie przynosić efekty. Bo fakt, można sobie siedzieć u siebie, w swoim mieście i gadać sobie ze swoimi ziomkami z budynku obok... I całe G. z tego wyniknie.
Wróciliśmy do noclegów. Z jednej strony na pewien sposób szczęśliwa... z drugiej odczuwająca jakąś wewnętrzną pustkę. A nawet kilka pustek. Jedno, wielkie „nie wiem co powiedzieć. Chyba pójdę spać”.
Wiecie, że była pełnia? A ja byłam jak ta satelita. Jak wilk... Wilczyca. Z jednej strony ufna, pokorna, wdzięczna... ale nigdy nie wiadomo kiedy ugryzie w rękę i to z tylko sobie znanych przyczyn – zacznie na wszystkich warczeć. Już wtedy trochę powarkiwałam. Ale gryźć miałam dopiero zacząć. Bo to był dopiero początek...(znajomości, która... chociaż...)
* * *
NIEDZIELA
Na cały dzień wybyliśmy nad jakieś wykopaliska, czy coś. Popływać z kłodami, poskakać, powspinać się i takie tam... Satelita znalazła sobie ziemię wokół której postanowiła krążyć. No i tak sobie krążyła i tylko od czasu do czasu jej odwalało. Ale za to trapiące myśli nie odstępowały na krok.
Nie pływałam baaaardzo dawno. A nie miałam niestety warunków, by sobie przypomnieć, bo albo woda po łydki, albo dwa metry w głąb. Stchórzyłam, ale wdzięczna jestem mojemu lękowi za to. Przynajmniej żyję. Wiem, że gdybym zaczęła się topić, to spanikowałabym dużo bardziej, niż on spanikował. Zresztą, ta sytuacja do końca mnie zniechęciła.
Za to odnalazłam się na ściance. Tak jakby w sumie... Nie wiem czemu ogarnął mnie strach przed wejściem. Wspinaczka z zabezpieczeniem w postaci lin jest nieporównywalnie bezpieczniejsza od samotnej wspinaczki na własną rękę. Dopiero gdy poczułam, że liny faktycznie mnie trzymają – powróciła pewność. Sama szybko odpadłam. Zaklinowałam się w jednym miejscu, gdzie inni sięgali ręka, a ja rękę miałam stanowczo za krótką. I faktycznie darowałabym sobie walkę, gdyby nie asekurujący mnie Rychu. Lubię ludzi, którzy wierzą we mnie bardziej niż ja w siebie. To całkiem sympatyczne. Potem było już z górki (jeszcze wchodząc pod górę, hah). Fajne uczucie, gdy już się osiągnie szczyt (nie, nie ten). Odklepałam sobie górę, dla zasady i podjarana wróciłam na dół. Zebrałam gratulacje od paru osób. Miło. Podchodziłam do tego potem jeszcze raz, ale na amen odpadłam w tamtym miejscu. Za bardzo zmęczone ręce. I tak byłam zadowolona, naprawdę pozytywne doświadczenie.
Wiele osób dokonało wtedy swojego małego spełnienia. Przełamało strach, postawiło kolejny krok na przód. Miłe było ocenianie każdego według jego umiejętności, jego osoby, a nie w porównaniu do jakiegoś ideału. Każdy jest na innym poziomie. Ale nikt nie jest gorszy, czy lepszy.
Wiem, że zachowywałam się chamsko. Nie umiem przeprosić. Rozdrażniona Wilczyca gryzie, tyle mam do powiedzenia. A jeśli widzi się rozdrażnienie, to każda próba załagodzenia tego jest ryzykiem. Nie ryzykujesz, nie zyskujesz... Ale też nie tracisz. Irytowało mnie wtedy wszystko, całokształt osoby. Potrzeba czasu, by się uspokoić.
Autobus nie przyjechał. Część osób postanowiła łapać stopa, a „najwytrwalsi” wrócić piechotą przez las. Satelita wtedy odbiła od całości, bo zdążyła już zostać rozjuszona. Tak łatwo ciąć słowami, tak łatwo... Jak z początku się wlekłam, tak z czasem zaczęło zwiększać mi się tempo. Postoje też wydawały mi się niepotrzebne. Pod koniec trasy, jak już nie było możliwości zgubienia się (pewnie nie było jej już dużo wcześniej, no ale ta moja orientacja w terenie) całkiem sobie wybiłam na przód (niezupełnie pierwsza, bo część osób oddzieliła się już dawno). Nie sama, jak się potem okazało. Nasz wilczy spacer... Kompletne nic, a jednak wbiło się w pamięć. Ja miałam swój świat lasu. Fascynujący, cichy, odgradzający mnie od całego, rzeczywistego syfu. On swój świat muzyki. I ani słowa. Po prostu w pewnym momencie należało się zbudzić. Na miejscu czekały już twarze tych, co dotarli pierwsi, choć nie-do-końca stopem. Wkrótce przybiegła też reszta, z piosenką na ustach. Pozostało się uśmiechnąć.
A w schronisku, to już nic, co ciekawiłoby osoby lubiące konkrety... Spełnienie obietnicy, o której miałam nadzieję, że obydwie strony zapomniały. To mnie zniszczyło. W żadnym momencie nie miałam pewności. A lubię mieć pewność. To rozbijające... ..udało się... ...przyszliście to się nie udało... A cóż robi zniszczona Neta? Niektórzy wiedzą. Wiedzą lepiej ode mnie, bo Neta sama poznaje obce kiedyś dla siebie reakcje. Coś, co zdarzyło mi się raz w życiu, w lutym 2009, ostatnio powtarza się coraz częściej. To chyba... destruktywne, tak? Takie ładne słowo... Mała furia, trochę kropel, nieco izolacji i... cisza. Noc, chłód, cisza. Nawet zasnęłam. I tylko raz przestraszyły mnie duże, żółte ślepia czarnego kota. Jakbym czytała z tego spojrzenia „co za nienormalny człowiek, co tu robi?”. A tam człowiek... wilczek, ot! I tylko jedna osoba była w stanie mnie uspokoić. Tylko jedna. I aż dziw, z jaką łatwością. Aż dziw, że bez zniechęcenia. Doceniam ludzi, którzy ze mną wytrzymują. Ja bym ze sobą nie wytrzymała. Zazwyczaj potępiam osoby takie jak ja. I znów mętlik w głowie. Braterstwo dusz?
W nocy (to jest jakoś przy godzinie 3, czy 4) posiedzieliśmy jeszcze w kilka osób. Oni i moje zapłakane oczka. Potem poszliśmy spać na te kilka godzin. Ukłon w stronę Miśka, że z chorymi plecami, niemal bez snu, odwiózł nas wszystkich do domu.
* * *
PONIEDZIAŁEK
Się poczułam do odpowiedzialności. Albo nie wiem, jakiś instynkt macierzyński, czy zwyczajna chęć wywiązania się z powierzonego mi zadania. Ze trzy razy wstawałam, żeby oni mogli wstać. Każdy jeden, mały gest sprawiał mi przyjemność... To chore.
Większość wyjechała rano. Z niektórymi się nawet nie pożegnałam. My mieliśmy czas, mieliśmy samochód. Innym tego czasu zabrakło na tyle, że nam przypadło sprzątanie... A ja pamiętam, że mamy w przyszłym roku obiecane koszulki za free! :D
Zlot na wielki plus. Naprawdę super pozytywnie, super atmosfera, ekstra ludzie, niezapomniane wspomnienia. Niestety... tak zakończyła się również historia pewnej popularnej sympatii.
Powrót znów przy dźwiękach polubionej muzyki. Prześliczny zachód słońca. Intrygujący, mijani luzie. Odważniejszy krok... i nadzieja, która zgasła. Pożegnanie.
Jeszcze jedną noc spędziłam w Lublinie, u Kendo. Dziękuję za rozmowę. Do domu powróciłam z niezłym zamętem w głowie. I to pod wieloma względami.
Na półce nad łóżkiem, obok innych skarbów, spoczywa sobie ten jeden, mi bliski, co spadł z drzewa.
Koniec rozdziału. Tagi: zdjęcia, video, relacje Neta 2011-09-04 00:43:35 >> Pokazy i warsztaty w Siedlcach Dzień Sportów Ekstremalnych w Siedlcach.
25.06.2011
Patronatem imprezy był m.in. Parkour Wschód. Z tej okazji rozgościliśmy się na krytym lodowisku, urządziliśmy sobie trening, a potem ludziom pokazy i warsztaty.
Jechałam z Warszawy. Już po kilkudniowej nieobecności w rodzinnych terenach – chciałam wracać do domu, jednocześnie żywiąc nadzieje co do spotkania z traceurs z Mińska Mazowieckiego i Siedlec. Samotne treningi mi się przejadły już dawno. Poza tym... to moje pierwsze pokazy.
Spotkaliśmy się jeszcze w pociągu. Miło poznać osoby, z którymi się jest w Klubie. :D Mazowieckie przyjęło mnie bardzo uprzejmie. Pozytywnie wspominam pierwsze nawiązanie kontaktu ze wszystkimi. W drodze na imprezę rozgrzewka na mieście. Nasz operator kamery rozstawił się gdzieś w pobliżu i pochłonęła go jego praca. Rozgrzewka chyba tylko z mojej strony. W sumie dość ciekawe jest spojrzenie na sprawę w stylu „rozgrzewam się robiąc lekkie rzeczy”. Tak, jak naturalne jest dla nas chodzenie, tak naturalny staje się parkour. Każdy sam powinien czuć, czego mu potrzeba, jakie ruchy są tymi naturalnymi, a przed jakimi trzeba się przygotować. Ja jestem jeszcze słaba. :D Wykorzystanie parkouru w sytuacji kryzysowej swoją drogą... Bo „nie rozgrzejesz się, jak ktoś cię będzie gonił”. Ale po co ryzykować na zwykłym treningu?
Przygotowane dla nas przeszkody – na kolejny plus dla mazowieckich chłopaków. Atrakcją byliśmy w sumie przez całą imprezę. Ludzie obserwowali sobie nasz trening przez szyby, a my po prostu korzystaliśmy z przeszkód. Trochę jak te małpki w zoo, ale kto by się przejmował. :D A skejtów wygoniliśmy. No i z pięć szyb poszło.
W pokazach brało udział niemal samo Parkour Wschód (bo na lodowisku znajdowało się poza nami sporo okolicznych traceurów). Załapałam się i ja, chociaż wcześniej podchodziłam do tego ze sporą dawką sceptycyzmu. Czasem odnoszę wrażenie, że inni wierzą we mnie bardziej niż ja sama. Ale cieszę się, że mogłam wziąć w tym udział, zdobyć doświadczenie, zobaczyć, jak to w ogóle jest. Z każdym kolejnym razem pewność siebie jest większa, a stres znacznie mniejszy.
Potem warsztaty, z dość przyzwoitą frekwencją. Grupa na tyle liczna, by porobić coś konstruktywnego, a na tyle mała, by ją łatwo ogarnąć. Schemat „rozgrzewka, uczenie technik, zebranie zdobytych umiejętności w całość”. Ciekawie było usłyszeć od jednej osoby, że tak długiej rozgrzewki jeszcze nigdy nie miała, przy wcześniejszych podpowiedziach, bym przeprowadziła ją bardzo sprawnie. :D Oj nasi Polscy traceurs... Co to z Was będzie. :D Czuję się jak strażniczka przestarzałych metod.
Przenocowałam w kryjówce Blade'a, wraz z innymi. Rano coś tam jeszcze pobłądziliśmy po Mińsku, mieście rządzącym się własnymi prawami, a potem na pociąg i do domu.
Krótka sklejka z tamtego dnia. Niestety kamerzysta nie spełnił naszych oczekiwać (i to na wielu płaszczyznach), dlatego wygląda to tak, a nie inaczej, dlatego ukazuje się tak późno i dlatego nie wiem, czy kiedykolwiek pojawi się pełna wersja:
http://www.youtube.com/watch?v=hqR4O-0pD4o
Super było się z Wami wszystkimi spotkać, poskakać, podyskutować, być może inaczej spojrzeć na pewne sprawy, powydurniać z niektórymi.
Niestety, tak też zakończyła się historia pewnej znajomości. : ) Tagi: zdjęcia, video, relacje Neta 2011-09-03 13:26:30 >> "Dlaczego ja?!" Nie pisałam bardzo długo. Wiem. Teraz złapała mnie wena. Jakaś niezwykła, niczym ta sprzed jakichś czterech lat. Znów czuję, że mogę pisać, że potrafię i że powinnam przelać myśli na papier, bo inaczej zwariuję.
Mam trudny język. Wiem. Artystyczny wręcz. Więc jeśli ktoś przybył tu poczytać proste notatki o prostych sprawach – może się rozczarować (chociaż takie tez będą się pojawiać). Może poczuć frustrację, że nie rozumie sensu treści wpisu. Może mnie nazywać grafomanką, jeśli chce, śmiało. ; ) Dużo czytania między wierszami Was czeka. Mnóstwo aluzji, przenośni, niedomówień. Wydaje Ci się, że pisząc o czymś nie mam wyłącznie na myśli dosłownego znaczenia, lecz również przekazuję pewną metaforę? Bardzo dobrze myślisz. Moje teksty są do interpretacji dla Was.
To były niezwykłe wakacje. Nie czuję niedosytu. Dobrze, że akurat teraz się kończą. W wystarczająco wielu wyjazdach brałam udział. Po kilku miesiącach ciszy z mojej strony czas na kilka relacji. Wpisy będą teraz długie i pojawią się w krótkich odstępach czasowych. Mam nadzieję, że nie przytłoczę Was objętością notatek i jakoś przez to przebrniecie. ; ) A niektórzy może nawet przebrną z przyjemnością.
Jestem rozdarta. Jedna część mnie czuje się fatalnie (chyba jak zawsze przy napływie weny. To nieodłączny element artystycznego fachu).
Dobrze, że to blog o parkourze, a nie o moich życiowych rozterkach.
Teraz właśnie jadę do Warszawy. Zatrzymaliśmy się na dworcu w Lublinie, jeszcze jakieś trzy-cztery godziny drogi. Jadę, by spotkać się ze znajomymi, by poskakać. Jadę na casting. Wszystko spisane w zeszycie, w domu jedynie przepisałam treść na bloga. W słuchawkach Małpa. 31.08.2011
Enjoyujcie. : ) Tagi: inne Neta 2011-05-20 15:30:06 >> Ogólnopolski Zlot Traceuses Jeszcze wczoraj miałam pomysł na wpis, dzisiaj już mi jakoś wszystko uleciało z głowy... Więc może być trochę chaotycznie. ^^
W każdym razie... Po wielu trudach z przeróżnymi kwestiami, nerwach, niełatwym dogadywaniem niektórych spraw... udało się w końcu pociągnąć ten projekt do tego stopnia, że czeka już tylko na realizację w sierpniu. Już od dawna myślałam nad zorganizowaniem meetingu dla dziewczyn i sądzę, że rok 2011 będzie idealny, by rozpocząć ciąg corocznych zlotów. Tak więc zapraszam wszystkie zainteresowane dziewczyny do rezerwowania sobie jednego tygodnia w sierpniu, na spotkanie w Trójmieście:
Wszystkie niezbędne informacje znajdziecie na powyższej stronie. Jeśli o czymś w razie zapomniałam – krzyczeć na GG, czy gdziekolwiek, bo ostatnio strasznie zakręcona jestem... Zresztą chyba widać, jak „często” dodaję wpisy na blogu. Ale to się zmieni. Kiedyś. Na pewno. Spokojnie.
Tegoroczne OZT będzie swoistym zlotem testowym... To, jak to będzie wyglądać w sierpniu, wpłynie na wygląd zlotu w przyszłych latach. Czegoś takiego w Polsce po prostu jeszcze nie było i dla każdej dziewczyny z pewnością będzie to ciekawe doświadczenie. W ogóle planuję uczynić OZT zlotem ruchomym. Tzn. Trójmiasto nie będzie do niego przypisane, w przyszłym roku zlot miałby się odbyć gdzie indziej, a jeszcze w przyszłym – jeszcze gdzie indziej. Ale tak daleko w przyszłość to na razie nie ma co wybiegać...
Jak widać, plan zlotu też nie jest jeszcze doprecyzowany. Będziemy to układać, by było jak najlepiej. Mam swoją konkretną wizję w głowie, ale oczywiście jestem otwarta na wszelkie propozycje, pomysły... To dla Was traceuses, więc jeżeli jest coś, czego chciałybyście spróbować podczas zlotu, widziałyście coś, co chciałybyście przenieść do Polski lub w ogóle macie jakiś swój pomysł – jestem otwarta na wszelkie propozycje, jasne.
PS: Aha, jakby Wam strona coś tam nie tego... To odświeżać. :D W końcu załapie. Wiem, że yoyo.pl nie jest rewelacyjne, ale nie liczy się strona – liczy się zlot. ^^ Tagi: dziewczyna Neta 2011-04-09 23:49:53 >> Zróbmy coś dla parkouru! - Hej... a może... Może zrobimy coś dla parkouru? - Co masz na myśli?
1. No wiesz... jakieś warsztaty parkour albo coś w tym stylu?
Warsztaty? Średnio trafiony pomysł... Bo widzisz, parkour, to jest coś osobistego. Poznajesz i uczysz się sam. Prekursorzy tej sztuki uczyli się sami i zobacz, jak na tym wyszli. Warsztaty ogłupiają, poza tym pewnie i tak przychodziłyby na nie same dzieciaki, którym znudzi się to po paru tygodniach...
2. Słuchaj... A może byśmy założyli jakiś klub, jakąś organizację? To by ułatwiło działanie na polskiej scenie. Wiesz, łatwiejsze uzyskiwanie zgód, pozyskiwanie funduszy i... w ogóle...
No przecież ci mówię, że parkour, to sprawa osobista... Organizacja to głupota. Traceurzy są wolni, łączenie się w jakieś elitarne ugrupowania prowadzi do podziału na lepszych i gorszych, dodatkowo popycha do komercjalizacji.
3. To może portal społecznościowy? Co? Jakiś serwis, forum... Ludzie z całej Polski mogliby się ze sobą komunikować!
Ale głupoty pleciesz... Parkour, to trening, a nie siedzenie przed kompem! Te wszystkie bzdurne fora, bzdurne portale... Szkoda na to czasu. Daj spokój. Tam przesiadują tylko dzieciaczki nie mające tak naprawdę o niczym pojęcia.
4. Może i racja... A co sądzisz o magazynie o parkourze? Jakiś taki internetowy zin albo nawet drukowana wersja, doświadczone osoby by się za to zabrały i w artykułach nie byłoby głupot...
Drukowany? Chcesz się komercjalizować? Parkour nie nadaje się na materiał do magazynu. Poza tym i tak nikt tego nie będzie czytał. A tylko problem z dotrzymywaniem terminów. Lepiej weź się za trening, a nie jakieś nikomu niepotrzebne gazetki...
5. A gdyby tak powstał jakiś parkour park? Za granicą to się sprawdza, tworzą tam naprawdę świetne miejsca do treningów...
Parkouru nie można zamknąć w ciasnych granicach jakiegoś terenu. To ty masz się dostosowywać do przeszkody, a nie przeszkoda do ciebie. Parkour to poruszanie się po pewnej przestrzeni, a nie skakanie po jakichś pk parkach... Poza tym skończyłoby się tak jak z deskorolką. Zaczęto by nas wyganiać z miejscówek i wymuszać przeniesienie się do pk parku. Już takie sytuacje mialy miejsce.
6. Wiele zaczynających osób ma problemy ze zrozumieniem pewnych technik... Można by nagrać i opisać tutoriale, to ułatwiłoby im początki.
Parkour ma być skuteczny, a nie łatwy. Sięgnij pamięcią kilka lat wstecz... Nie było wtedy żadnych artykułów, żadnych tutoriali. A ludzie sobie radzili. Ucząc się samemu lepiej poznawali technikę, rozwijało to także ich kreatywność. I wtedy było dobrze. Zmiana wyszła tylko na gorsze.
7. Co sądzisz o konkursie? Na zdjęcie albo film... Mogłaby być przy tym świetna zabawa. Jakieś nagrody... Ludzie by się przyłożyli i ujrzelibyśmy naprawdę dobre produkcje.
Mylisz się. W ludziach narodziłaby się niezdrowa chęć rywalizacji. Ryzykowaliby swoje zdrowie, żeby tylko wypaść jak najlepiej, zrobić najlepsze zdjęcie, nagrać najbardziej efektowną akcję. A to wszystko dla jakichś beznadziejnych nagród i poklasku, żeby tylko zaistnieć. Zdecydowanie nie. Konkursy i zawody zabijają ducha parkouru.
8. Gdybyśmy zorganizowali jakieś pokazy parkour, to więcej osób mogłoby się tym zainteresować... I społeczeństwo pewnie spojrzałoby przychylniej na parkour, dowiedzieliby sie, co to właściwie jest.
Ludzie i tak zawsze będą wiedzieć swoje... I jeszcze narzekać, że czemu nie ma salt. Poza tym naprawdę lepiej, by parkour pozostał undergroundowy. Lepiej kilka naprawdę zaangażowanych osób, niż stado dzieciaków bez wyobraźni.
9. A wywiad o parkour do telewizji lub prasy? Wszystko można by w nim wyjaśnić i parkour zyskałby popularność w pozytywny sposób. Można by przedstawić całą filozofię i tak dalej, a nie tylko samo skakanie. Powiedzieć, ile to pracy, by nowi zaczynali już z odpowiednim nastawieniem.
Złudne nadzieje. Pomijając to, że media i tak zrobią, co zechcą i mogą przekręcić twoje słowa... Naprawdę nie warto robić z siebie gwiazdki przed kamerami, pchać się do wywiadów i tak dalej. Parkour, to trenowanie, a nie zdobywanie sławy. Co ty, chcesz, żeby z czasem zaczęli o tobie na Pudelku pisać?
10. Można by stworzyć jakiś film o parkourze... Coś konkretniejszego i bardziej opierającego się na pk niż 13 Dzielnica albo Yamakasi. Albo serial na przykład zrobić...
Po co? Przecież widać ile dzieciaków zaczęło trenować po tych wszystkich 13 Dzielnicach i innych. Ile dzieciaków sobie coś zrobiło i ile było przy tym pretensji do Belle'a i Foucana. To bez sensu, zbędna komercjalizacja... Media nie kupują filozofii. Media kupują show i krew. Parkour powinien się trzymać z daleka od mediów.
11. Hej, a co powiesz na to, żebyśmy sobie zrobili koszulki z jakimś parkourowym napisem? W ogóle można by pomyśleć o ubraniach z logiem parkour...
Chcesz trenować, czy obnosić się z parkourem, jak ten pajac? Niech o twoim parkourze świadczą umiejętności a nie bezsensowne ubranka... Takie szpanowanie, kim to ja nie jestem. Zobaczą takich skaczących po mieście to jeszcze dodatkowo będą wiedzieć o co mieć pretensje i zaczną negatywnie postrzegać parkour... Dzieciaki zaczęłyby w takich ubraniach chodzić, niszczyć budynki, a wszystko szło by na nasze konto. Tak koniecznie chcesz zarobić? Może od razu cały sklep postawisz?
12. Ale buty do parkouru to chyba nie byłby zły pomysł... Wiele osób pyta o buty i trochę czasu im zajmuje, zanim znajdą idealny dla siebie model. A gdyby tak zrobić buty konkretnie pod parkour...
Parkour, to umiejętności! Nie możesz polegać na sprzęcie! Trzeba dążyć do trenowania boso, korzystania ze swojego ciała. Poleganie na butach to głupi pomysł. A tworzenie butów do pk może dać ludziom złudne poczucie, że w takich butach są kimś i mogą wszystko. To im tylko zaszkodzi.
13. A gdyby tak zorganizować jakieś zajęcia wychowawcze poprzez parkour? Na przykład w poprawczaku, taka resocjalizacja...
Głupota. Chcesz przestępców uczyć, jak lepiej uciekać? Przecież takie osoby nie zrozumieją istoty parkouru. Wyjdą na wolność i będą dalej robić to, co robiły. Z tym że teraz z dodatkowymi umiejętnościami pomagającymi im w ucieczce... To ma być kara a nie jeszcze nagroda, że mogą sobie z kimś potrenowa! Wielu dobrych ludzi nie ma takiej możliwości, a ty chcesz ją dawać przestępcom?
14. A zajęcia w szkole? Dla dzieciaków i młodzieży...
Parkour nie nadaje się na SKSy... Nie powinno się też zarabiać na nauczaniu innych. Dzieciaki nie mają wyrobionej świadomości, by móc zajmować się parkourem... Zero wyobraźni, mogą sobie zrobić krzywdę i co – będziesz za to odpowiadać?
15. Za tydzień Międzynarodowy Dzień Czegoś Tam... Można by z tej okazji zrobić jakiś większy trening, wspomóc akcję.
A co to ma wspólnego z parkourem? Trening, to trening... Nasze trenowanie w żaden sposób nie pomoże dzieciom w Afryce, czy zwierzętom zabijanym dla futer. Bez sensu takie na siłę podczepianie wszystkiego pod parkour.
16. Zorganizujmy zlot, hm? Żeby wszyscy traceurs z całej Polski mogli się spotkać, potrenować wspólnie, wymienić doświadczeniami...
Zloty to głupota. Powinniśmy wrócić do podstaw. Myślisz, że od czego pochodzi parkour? Od beztroskiego spotykania się na zlotach, trenowania na pojedynczych miejscówkach i chodzenia na pizze po treningu? Trzeba czuć otoczenie i swoje ciało, trzeba czuć siebie, pracować nad sobą... Zloty uwsteczniają.
17. Ścigajmy się do mostu!
Przestań! Nie do tego służy parkour. Treningi powinny być pozbawione współzawodnictwa, nikt z nas nie jest lepszy, czy gorszy...
Tu nie ma podziałów, każdy jest sobie równy i nikt nie powinien być wywyższany. Strona dla dziewczyn? A czemu by nie zrobić strony dla chłopaków? Nie widzę powodu dla którego dziewczyny miałyby być uprzywilejowane. To je tylko rozleniwi, a powinny wziąć się do roboty, a nie na siłę odstawać od chłopaków.
19. Umówmy się z ludźmi na sobotę na wspólny trening.
Powinno się trenować niezależnie od niczego. Wychodzić na trening wtedy, kiedy powinno się na niego wyjść, a nie wtedy, gdy wychodzą inni. Nie można uzależniać swojego trenowania od innych osób. To sztuka doskonalenia siebie... Należy skupić się na sobie... Na grupowych treningach zazwyczaj niepotrzebnie traci się czas na gadanie.
20. No a gdybyśmy tak...
Popadanie w skrajności zawsze jest złe. To nie powinno raczej podlegać wątpliwościom. Trzeba umieć zachować pewną równowagę. Nie ze wszystkimi inicjatywami się zgadzam, nie wszystkie potępiam. Moje zdanie w poszczególnych kwestiach pozostaje póki co znane tylko mi. Teraz jedynie coś zauważam.
(inspiracja, stety-niestety, z życia wzięta)
Tagi: przemyślenia Neta |